Archiwa kategorii: Wszystkie wpisy

Przejęcie po naszemu – wersja ostateczna

Aktualizacja punktu 6, 21:26, 15 maj.
A-a-aktualizacja punktu 6, 21:59, 10 maj.
___________________________________________________

Ekhem… *werble* PRZEJĘCIE!

Dlaczego wydzieram się z samego rana, kiedy jeszcze wszyscy śpią? Bo mogę! I nikt mnie nie słyszy.

Mam mnóstwo zapisów o przejmowaniu i wszystkie są tak mało konkretne, że mnie samej zbiera się na ból głowy i wymioty, a co dopiero komuś, kto nie wie, z czym to się je. Oto zatem sklecony po ludzku (według mnie i Marcela) mniej-więcej-poradnik, który powinien przybliżyć nieco tę kategorię tulpomancji.

Zatem zaczynajmy! Kilka punktów, którymi się zajmę:
1. Czym jest przejęcie (jeśli wiesz, przeskocz do punktu 2)
2. Jak odczuwa się przejmowanie i oddawanie ciała.
3. Tulpowe predyspozycje.
4. Metody.
5. Podstawy.
6. Ćwiczenia.
7. Odkrycia, pytania, wątpliwości.
8. Uwagi końcowe.

Punkt 1. Czym jest przejęcie?
Mistyczne Przejęcie jest procesem, kiedy host oddaje tulpie kontrolę nad ciałem, jednocześnie pozostając przez cały ten czas na froncie, czyli będąc świadomym i cały czas czując to, co dzieje się z ciałem. Tulpa tymczasem, dla jasności, przebywa nadal na „zapleczu”.

Punkt 2. Jak odczuwa się przejmowanie i oddawanie ciała.
Najpierw według Marcela, czyli tulpy.
Ćwiczenia przejmowania ciała są dla mnie trudne, bo nigdy nie miałem z kontrolą do czynienia. Nie dla każdej tulpy może to być łatwe, i nie dla każdej trudne. Sądzę, że to kwestia indywidualna. Wróćmy jednak do tematu.
Kiedy przejmuję kontrolę, czuję się tak, jakbym odzyskał czucie. Rzeczywista ręka odbiera o wiele więcej bodźców niż moja Wonderlandowa postać, jest to jednak normalne, bo wyobraźnia to nadal tylko wyobraźnia. Wszystkiego się w niej nie zawrze. Napinanie mięśni jest trudne i trudno ogarnąć, w którą stronę zgiąć dany staw, napiąć mięsień czy ścięgno, żeby odpowiednio poruszyć ręką na przykład. Zwykle wykonuję nieskoordynowane ruchy, kiedy się nie skupię, ale w miarę praktyki to się poprawiało i teraz jestem w stanie zgiąć rękę w łokciu, czasem poruszyć palcami u stóp lub spowodować nagły skurcz mięśnia w ciągu dnia. Nawet na twarzy! *śmiech*
Jak to robię: odkryliśmy kilka nowych zjawisk, ale wszystko sprowadza się do tego, że Mo musi mnie jakoś wprowadzić do ciała. Jak ona to robi pewnie opisze później. Ja na razie powiem tylko tyle, że wymagana jest koncentracja zarówno z mojej strony, jak i jej.

Okej, koniec żartów. Czas na wypowiedź hosta.
Oddając ciało Marcelowi czuję… odrętwienie. Nie od razu, oczywiście.
Czytałam relacje kilkunastu osób, z którymi miałam do czynienia i które również odczuwały to podobnie.
Kiedy oddam Marcelowi kontrolę określoną metodą czuję, jakby z mojego ciała wypływało najpierw ciepło a potem życie. Zaczynając od końców palców tracę czucie, potem (na przykład) ręka zaczyna być odrętwiała. Nie czuję mrowienia, znamionującego brak dopływu krwi do ręki, tylko brak kontroli.
To niesamowite uczucie, kiedy przestajesz czuć rękę, jakby ona nigdy nie istniała, a potem czujesz wewnętrzne skurcze mięśni i widzisz, jak ręka porusza się w niespodziewany dla ciebie sposób. Ja myślę o ćwiczeniu, które Marcel mógłby wykonać, wydaję mu przykładowe polecenie – „Zaciśnij dłoń w pięść” – a on nie tylko rozprostowuje palce ale również podnosi dłoń i ćwiczy mięśnie przedramienia. Czasem nieco mnie to irytuje, ale z drugiej strony cieszy, że Marcel nie jest mi absolutnie posłuszny, jak wymyślony przyjaciel.

Punkt 3. Tulpowe predyspozycje.
Zastanawiałam się kiedyś, czy jest coś, co ułatwi tulpie zabieranie kontroli.
Od początku obszarem dominacji Marcela była lewa strona ciała, którą umownie mu oddałam. Jako, że jestem praworęczna, pamięć mięśniowa prawej ręki jest zapisana w lewej półkuli. Teoretycznie prawidłową hipotezą będzie zatem, iż skoro od początku używam prawej ręki, to mam nad nią znacznie większą kontrolę, niż nad lewą. Jest więc o wiele mocniej „zakotwiczona” jako „moja” ręka. I tu wchodzi odwrotność tego wszystkiego, czyli Marcel.
Marcel jest nowy (czy raczej był nowy dwa lata temu) i nieprzewidywalny. Rozwija się. Chciałam dać mu coś, z czym nie mam dużego doświadczenia.
I tu *szum* pojawia się *trzeszczenie* lewa ręka. Niedoświadczona, nie wyćwiczona, mało sprawna – a co za tym idzie, również nie zakotwiczona w umyśle jako „własnościowa” *wiwaty*. Coś, co Marcel może szybciej przejąć.
Czy moje przypuszczenia były prawidłowe?
W praktyce okazało się, że jednak nie. Pamięć mięśniowa ułatwia pracę Marcelowi, a co za tym idzie – nauka idzie mu szybciej. Marcel pisze prawą ręką tak samo, jak ja. Przejmowanie lewej strony ciała zajmuje mu więcej czasu i radzi sobie z nią gorzej, niż z prawą. Dlatego proponuję na początek ćwiczyć z tulpą coś, co ciało pamięta i do czego jest przyzwyczajone. Niech tulpa współpracuje z ciałem, ono samo ją poprowadzi i to bez świadomego i często irytującego udziału hosta.

Punkt 4. Metody.
Podam tutaj kilka technik/metod, które wypróbowałam. Nie jest ich wiele, ale fakt jest taki, że wszystkie techniki są do siebie podobne, a najważniejsze jest to, żeby dojść do etapu, kiedy oddajesz tulpie kontrolę, a wtedy sposób nie ma znaczenia. Muszę również zaznaczyć to, że metody przeze mnie opisane są tylko symbolem.

Metoda płynów.
Twoje ciało jest naczyniem. Twoja energia życiowa, dusza, esencja kontroli, podłączenie do ciała – niepotrzebne skreślić – jest płynem. Niech zaświeci kolorem, który uznasz za odpowiedni dla siebie.
Tulpa również ma swój płyn – swoją esencję. Ma on kolor inny, niż twój, również świecący.
Aby oddać kontrolę tulpie musisz wypompować lub wciągnąć swój płyn z naczynia-ciała i umieścić na jego miejsce płyn tulpy. To symboliczna zamiana kontroli, oddanie części lub całego ciała. Skupisz się na tym, żeby usunąć swoją „obecność” w ciele i na tym, aby nie czuć ciała.

Metoda mecha.
Skoro już tulpa siedzi w twojej głowie, przyjmijmy na chwilę, że ciało jest tylko skorupą, narzędziem. Należy do was obojga i jednocześnie do nikogo. Jest mechem. Wiesz, co to mech? Taki robot, którego kontroluje się przebywając w jego środku.
Wyobraź sobie, że twoje oczy są ekranami w kokpicie mecha. Ty siedzisz na siedzeniu głównego pilota. Tulpa siedzi za tobą, ale jej nie widzisz. Odepnij pasy bezpieczeństwa, zdejmij ręce z drążków i zejdź z fotela. Niech tulpa zajmie Twój fotel. Zapnij pasy bezpieczeństwa tulpie, połóż jej dłonie na drążkach kontrolujących mecha. Nałóż jej na głowę hełm i gogle, dzięki którym będzie widzieć. Usadź się na fotelu za tulpą. Kontrola została oddana. Teraz tulpa jest pilotem.

Macki mentalne
Twoja świadomość ma postać macek, które są przyczepione na zewnątrz ciała do określonych punktów na ciele. Ośrodek kontroli macek znajduje się nad twoją głową, w postaci małej, oślizgłej kulki. Tuż obok niej lewituje sobie druga oślizgła kulka, która jest ośrodkiem kontroli tulpy. Jej macki są wciągnięte do wewnątrz, czyli tulpa nie ma kontroli.
Skup się na swojej kulce. Wyczuj macki, które oplatają twoje ciało. Teraz zacznij je po kolei odczepiać. Niech nie pozostanie po nich ani kropla mazi, niech wszystkie zostaną wciągnięte. Twoja kulka stanie się nieco większa, ale to przecież normalne.
Teraz spraw, żeby dwie – koniecznie dwie – macki z kulki tulpy połączyły się z twoją klatką piersiową i głową. Połączysz dzięki temu wolę tulpy z ciałem. Będzie jej łatwiej się skupić. Następnie czekaj. Tulpa sama powinna rozciągnąć macki na całe ciało, dzięki czemu będzie w stanie nim poruszać. Kiedy to zrobi – niech poruszy którąś kończyną.

Kombinezon kontrolny
Czy lubisz się przebierać? To dobrze.
Twoje ciało jest ubraniem. Wyobraź sobie, że sięgasz do szyi i natrafiasz na guzik. Rozepnij go. Wyobraź sobie, że twoja skóra lekko się rozluźnia. Pod guzikiem jest suwak. Biegnie przez cały korpus aż do krocza. Odsuń go. Tak, jak suwak w kurtce. Twoja skóra odchyla się, jak płaszcz. Włóż dłonie pod skórę szyi i zdejmij swoją twarz i głowę jak kaptur. Zauważ, że nagle nie czujesz mięśni twarzy, swoich włosów, mięśni karku.
Zdejmij skórę swoich rąk tak, jak wysuwasz ręce z rękawów swetra. Teraz górna połowa twojego ciała zwisa z twojego pasa jak kombinezon. Zsuń nogi – nogawki – do kostek. Wyjmij stopy z butów lub skarpetek, wyjdź z cielesnego kombinezonu. Unieś go przed sobą w dłoniach. Czy to naprawdę przylegało do ciebie tak doskonale?
Teraz oddaj kombinezon tulpie. Pomóż jej dopasować poszczególne części, pomóż zapiąć zamek błyskawiczny, zapnij guzik pod szyją. Ty niczego nie czujesz, ale tulpa właśnie zaczęła odczuwać środowisko zewnętrzne. Teraz niech poruszy ręką.

Punkt 5. Podstawy.
Ważne jest to, żeby zacząć trening przejmowania wtedy, kiedy masz pewność, że nikt nie będzie Ci przeszkadzać. Usiądź albo połóż się wygodnie. Włącz muzykę albo wycisz wszystkie dźwięki. Załóż luźny dres albo obcisłą pidżamę. Tutaj masz całkowitą dowolność, bo sposób zrelaksowania się ma być odpowiedni tylko i wyłącznie dla ciebie. Przed tym jednak, zanim zajmiesz się nową dziedziną, upewnij się, że masz z tulpą wystarczająco dobry kontakt. Po co zabierać się za coś, skoro nie będziecie mogli się ze sobą dogadać, uprzedzić, ostrzec ani zwrócić uwagę, kiedy będzie działo się coś, czego się nie spodziewaliście. Dla mnie to fundament absolutny.

Punkt 6. Ćwiczenia
Fajnie jest przyzwyczaić ciało do nie-wpychania kontroli w ręce pierwszej świadomości, która okaże się silniejsza. O co mi chodzi: host musi się nauczyć oddawać kontrolę. Jeśli będzie ją wydzierał z „rąk” tulpy przy pierwszym spadku koncentracji, oboje niczego się nie nauczycie. Więcej pracy będzie musiał włożyć host niż tulpa, bo to do niego należy zadanie utrzymania się z daleka od odbierania kontroli. Według mnie.
Spróbujcie najpierw takiej sztuczki: przygotuj się normalnie do przejmowania, użyj techniki, która Ci odpowiada, żeby usunąć swoją kontrolę nad ciałem ale nie wprowadzaj tulpy w puste miejsce. Przyzwyczaj swoje ciało do bezwładności określonej jego części.
Kiedy się przyzwyczaisz, wprowadź tulpę w pustą przestrzeń i udostępnij jej zmysły. Uwaga! Nie oddawaj jej kontroli. Chodzi o to, żeby tulpa przyzwyczaiła się do odczuwania środowiska zewnętrznego i aby nie rozpraszało jej to podczas pracy nad poruszaniem ciałem.

Całkiem dobrym ćwiczeniem, według mnie, jest skupienie na ciele podczas wykonywania codziennych czynności. Raczej – zwrócenie uwagi tulpie na ciało, które wykonuje codzienne czynności.
Chodzi o to, aby tulpa zapamiętała w miarę możliwości to, w jaki sposób poruszają się konkretne mięśnie. To może pomóc. Czasem, kiedy robiłam to ćwiczenie, czułam jak Marcel próbuje „wejść w moją skórę”, jak próbuje swoich możliwości i stara się sterować ciałem razem ze mną, czasami mnie zastępując.

Kolejnym przydatnym ćwiczeniem jest oddawanie w wolnej chwili tulpie dłoni, którą będzie mogła zaciskać. Zauważyłam, że im dłużej Marcel zaciska sobie i rozluźnia pięść, kiedy przykładowo oglądam film, tym więcej potem ma siły i jest w stanie zrobić więcej rzeczy, których się nie spodziewam. Jakby uczył się jednocześnie kontrolowania ciała i niezależnego (równoległego) myślenia.

Następna czynność, o jakiej chcę wspomnieć, to napinanie poszczególnych mięśni przez tulpę. Sama popełniam ten błąd, że ciągle oddaję Marcelowi którąś z rąk. Oczywiście dobrze, że w ogóle oddaję mu części ciała, ale chodzi o to, żeby tulpa nie ćwiczyła nieustannie tylko określonych partii ciała. Jeśli masz wolną chwilę, poproś tulpę, żeby trenowała przejmowanie na losowych mięśniach. Jednego dnia niech napina mięśnie brzucha. Kolejnego niech zabawi się mimiką twarzy, jeszcze kolejnego niech zgina i prostuje palce stóp.
Dla nas to proste, ale wiem, że dla tulpy jest to kłopot, kiedy zbytnio zatrze jej się różnica pomiędzy rękami a nogami (przykładowo), pomiędzy lewą ręką a prawą. Połączenie z każdym mięśniem tulpa musi sobie wypracować, a jak ma to robić, jeśli jedyne ćwiczenie, jakie dasz jej wykonywać, to zginanie palców?

Punkt 7. Odkrycia, pytania, wątpliwości.
Podnieś rękę. Serio, gdziekolwiek ją teraz trzymasz, podnieś ją w górę. Nikt nie patrzy? No to podnieś jeszcze wyżej. Zaciśnij pięść. Sformułuj wniosek.
Nie wiesz, jaki, co? Ja też nie.
Kiedy podnosisz rękę, nie myślisz o tym. Ot, unosisz ją i już. Żadna filozofia? Otóż nie. Jak się przekonałam, to jest spora filozofia – dla tulpy.
Czy myśląc o tym, w którą stronę i z jaką siłą napiąć dany mięsień, dasz radę zrobić sobie choćby herbatę? W przeciągu pół godziny? Może.
Marcel od początku napinał po kolei każdy mięsień (lub ścięgno) i dużo czasu zabierało mu choćby wyprostowanie palców. Co wymyśliłam, aby mu to ułatwić:
Niech nie myśli. Ma podnieść rękę i kropka, nieważne, w jaki sposób. Niech zaciśnie palce na szklance – niech po prostu to zrobi, bo jak nie, to szklanka się stłucze. Niech zrobi to w taki sam sposób, jak host – bez myślenia. Dla tulpy zarządzanie ciałem może być trudne, bo nie jest instynktowne, ale chodzi właśnie o to, żeby takie się stało. Niech polega na pamięci i układzie nerwowym zamiast skupiać się na każdym odcinku ciała osobno.

Kiedyś Marcel zadał mi pytanie: czy będzie w stanie przejąć ciało, kiedy będę spać?
Do tej pory tego nie sprawdziliśmy, choć kiedy nam się uda, z pewnością to opiszę. Dla mnie to całkiem ciekawe i sądzę, że jest to możliwe ale tylko (z naciskiem na słowo „tylko”) wtedy, kiedy tulpa osiągnie „maksymalny poziom” rozwoju i niezależności od hosta. Jak ktoś będzie miał zastrzeżenia, proszę śmiało zgłaszać.

Punkt 8. Uwagi końcowe.
Wszystko tutaj, to tylko moje spostrzeżenia. Moje i mojej tulpy. Każdej metody powinno się używać na swój sposób i dostosowywać ją do własnych potrzeb. Liczą się główne punkty prowadzące do tego, żeby tulpa uzyskała kontrolę.
Nie każda metoda musi działać, dlatego szukaj własnej.

Przejmowanie to nie zabawa, zwłaszcza nie dla tulpy. Brak kontroli nad ciałem może być niebezpieczny, zwłaszcza wtedy, kiedy może stać Wam się krzywda. Nie chcielibyście przecież nagle upaść na podłogę i uderzyć się w głowę tylko dlatego, że tulpa została nagle wypchnięta albo nie potrafiła kontroli utrzymać. Spadanie ze schodów, wypadanie z okien, tłuczenie naczyń, zacinanie się sztućcami, oparzenia – to wszystko może się zdarzyć, dlatego jeśli nie macie absolutnej – absolutnej! – pewności, że nic wam nie grozi lub będziecie w stanie utrzymać ciało, wtedy nawet nie próbujcie i odłóżcie to na inną porę.

Bardzo ważne jest zaufanie, jakim powinniście darzyć siebie nawzajem. Z pewnością żadne z was nie będzie chciało zrobić drugiemu na złość, ale jeśli nie będziecie mieć pewności co do hosta lub tulpy, wtedy również nie próbujcie. To nie zabawa.

PLUS! Z reguły co jakiś czas dowiaduję się nowych rzeczy. Nikt chyba nie będzie mieć mi za złe, jeśli w takim wypadku zaktualizuję ten wpis, oczywiście wszem i wobec oznajmiając, że tak się stało.

Wonderlandowe rysowanie!

Narysowałam nasz myśloświat, jako że trochę mi się nudziło. Z pewnością nie wygląda na rysunek kogoś, kto potrafi rysować, ale się nie zrażam.
A teraz, skoro nadal mi się nudzi, idę narysować Kodamę, naszego wymyślonego pupila.

FullSizeRender

Kodama gotowy!
Na razie wena mi się skończyła. A może pomysły.
FullSizeRender(1)

Zwiększanie „pamięci operacyjnej” wyobraźni

Wynalazłam jakiś czas temu ciekawą, według mnie, metodę na ulepszenie (podkreślam: ulepszenie) wizualizacji.

O co mi chodzi – otóż kiedy wyobrażam sobie dany obraz, jest on zwykle nieruchomy lub porusza się tylko jego pierwszy plan. Zastanawiałam się, jak mam sprawić, żeby środowisko wokół mnie stało się żywe, nie pozostawało przez wieczność w stanie wstrzymania.

Wymyśliłam drzewo. Dlaczego ono?

Drzewo ma gałęzie. Stając przed klonem, a jeszcze lepiej przed wierzbą płaczącą, doświadcza się uczucia skupienia i poruszenia widokiem mnogości cienkich gałązek i jej podłużnych liści poruszających się, zgodnie z wolą wiatru, w tę czy inną stronę. Drzewo kołysze się harmonijnie w kilka stron naraz, gałęzie odchylają się w prawo, w lewo, w dół, w górę, po skosie każda zależnie od gałęzi, z której wyrasta i niezależnie od wyższych lub niższych odrostów.

Teraz wyobraź sobie drzewo. Ile warstw jego gałęzi pozostaje w ruchu? Pewnie wszystkie – umysł pamięta widok wszystkich drzew, jakie kiedykolwiek zarejestrował.

Stwórz więc nowy gatunek drzewa. Wyobraź sobie jaskrawopomarańczowe ziarenko leżące w trawie. Niech to ziarenko wypuści, niby na przyspieszonym filmie, pęd i korzenie. Niech urośnie do wielkości pięciu metrów. Zauważ, że drzewo również jest jaskrawopomarańczowe. Niech jego kora wygląda tak, jakby była pokryta blaszkami, które nasuwają się na siebie – każda w innym odcieniu. Niech pokrywają korzenie zagłębiające się w ziemię i pień aż do jego łysego czubka. Tak, pień ma być pozbawiony jakichkolwiek odrostów.

Dlaczego to drzewo jest tak dziwne? Chcę, aby twój mózg stworzył coś, do czego nie będzie mógł zastosować pamięci. Tylko wyobraźnię.

Mamy już zatem pień, co dalej?

Teraz będziemy dodawać gałązki. Zobacz więc jedną gałąź wyrastającą z czubka. Niech będzie skręcona jak rozciągnięta sprężyna, pofalowana. Niech mieni się pomarańczem przechodzącym w czerwień.

Teraz poczuj wiatr. Przecież właśnie o to chodzi – żeby drzewo poruszało się niezależnie od twojej woli, aby była dla ciebie widoczna każda warstwa rozbujanej korony nieważne, co będziesz w danym momencie robić.

Radzisz sobie? Dodaj jeszcze jedną. Jeśli nie masz problemów, dodaj kolejną. Ile poruszających się gałązek jesteś w stanie zobaczyć jednocześnie? Trzy?

Codziennie, jeśli zajdzie potrzeba – co drugi dzień, dodawaj jedną gałązkę. Kiedy dojdziesz do 10, dodając kolejną pogrubiaj te, które zostały dodane jako pierwsze. Przecież drzewo musi wykształcić potężną koronę. Jak ma to zrobić z cieniutkimi gałązkami? Przy 30, zacznij rozgałęziać koronę. Kiedy będziesz widzieć wyraźnie 50 gałązek, zacznij dodawać liście. Po jednym, zaczynając od końców. Niech jednak nie mają zwyczajnych kształtów. Przypominam – wyobraźnia musi się natrudzić, a nie można ułatwiać jej zadania czerpiąc kształty z pamięci.

Jak zwykle i wszędzie jest przypominane przez autorów poradników: to, co piszę nie musi działać, ale działać może. Dlatego polecam próbować i modyfikować na własny użytek. Mnie to już przyniosło efekty.

Myśloświat kontra Rzeczywistość

Chciałabym zacytować wiele fragmentów opowieści o przygodach w Wonderlandach wielu osób, ale wydaje mi się to kłopotliwe i zbędne. Wszyscy wszak wiedzą, jak zwariowane takie przygody potrafią być.

Zaznaczę od razu, że nie mam nic przeciwko młodym ludziom, dzieciom właściwie, które popuszczają wodze fantazji na rzecz dokonywania aktywnej interakcji z tulpą. Zniechęca mnie tylko to, że jest coraz więcej takich osób, które na samym początku wydają się być w miarę rozsądne mimo wieku, a po kilku-kilkunastu dniach czytam o ich zwariowanych tulpach, nieskończenie szybkich postępach i, co najważniejsze, o super-zaawansowanych światach wyobraźni, w których tulpa jest supermanem, host jest supermanem, zwierzęta są super-zmutowane, mówią, latają pływając w powietrzu konsystencji galaretki. Zeszłam z tematu. Już sama zastanawiam się, w jaki sposób mam ująć to coś, co mi tak przeszkadza.

Wiemy wszyscy, że aktywnie śledzę forum. „Forum” pisane dużą literą. Jeśli nie codziennie, to co kilka dni, pojawiają się nowi użytkownicy, wystarczająco młodzi, żeby nie mieć wolnego dostępu do internetu a odpowiednio, według nich, dojrzali by zabrać się za tworzenie tulpy.

Czy oni rozumieją, co robią?

Pojawia się masa dzienników, z których dowiaduję się, że nowi tworzą tulpę: już 10 minut, zastanawiają się drugi dzień ale chyba to zrobią; mają tulpę miesiąc ale nie wiedzą, co z nią robić. Nie mówię, że to źle, bo w pewnym sensie dobrze, że starsi stażem ode mnie (i ja wtrącająca się pomiędzy ich pełne wiedzy wypowiedzi) mogą w pewnym stopniu kontrolować wyczyny młodszych. Co mnie nieco irytuje to to, że zamiast zająć się tulpami – towarzyszami życia, niby przyjaciółmi – dzieciaki opisują swoje przygody tak, jakby zdarzyły się naprawdę, jakby zupełnie zatraciły się w miejscach, które nie istnieją; przekładają wyczyny swoje i tulp na czyny rzeczywiste. Tak, jakby nie potrafiły oddzielić fikcji od rzeczywistości.

Nigdy nie powiem, że zapał, jaki wykazują, jest niewłaściwy – wydaje mi się, że to może być choćby dla tulpy podbudowujące, wspomagające w pewnym stopniu jej rozwój albo chociaż przeszkadzające jej się nudzić. Nie mam możliwości sprawdzenia tego z pierwszej ręki, ale tak mi się wydaje.

Cholera, nie chcę być subiektywna, wolę opisać to z różnych stron jednocześnie, ale muszę zająć stanowisko, które sobie z góry założyłam. Dzieciaki zabierają się za całą tę zabawę i dla nich to faktycznie jest tylko zabawa – co będzie, kiedy skończą im się pomysły na rozrabianie w wyobraźni? Co zrobią, kiedy zdadzą sobie sprawę z tego, że tulpa ma również trochę wspólnego ze światem zewnętrznym a nie tylko z wyobraźnią?

Podsumowanie aktualizacji

Ten blog jest dziennikiem doświadczeń. Marcel ma swój pamiętnik odcięty od odmętów internetu, ja również mam swój.
Ten blog jest dziennikiem eksperymentów, w którym ja lub Marcel spisujemy doświadczenia, efekty treningów i ćwiczenia, które wymyślam.

Dawno nie wpisywałam tutaj niczego, co można uznać za odświeżające. Oto zatem opis aktualizacji, które wprowadziłam do wpisów tego dziennika. Nie mogę opisywać wszystkiego osobno, bo wprowadzi to chaos, a tego pana nie lubię.

Zaczynajmy więc:

1. Świadomy Sen 2
2. Nakładanie
3. Ponowna kategoryzacja wpisów.
4. Sanyia zmienia podpis na Mo (skrót od Mollyier).

„Oooch! Tylko tyle?” Ależ oczywiście, że niedługo napiszę coś nowego! Muszę tylko mieć temat…

Trening przejmowania: pisanie.

Mam mętlik w głowie i nie wiem, od czego mam zacząć opisywanie dzisiejszych ćwiczeń.

Zacznę więc może od tego, że ćwiczyliśmy dziś z Marcelem pisanie. Właściwie on ćwiczył pisanie, bo ja próbowałam tylko nie kontrolować ręki i dyktować Marcelowi to, co ma pisać. Oto wyniki naszych-bardziej-Marcela ćwiczeń:

Zdjęcie nr 1
Zdjęcie nr 1 przedstawia pierwsze słowa, które Marcel napisał od bardzo długiego czasu. Chciałem zaznaczyć, że jestem tutaj. Cały czas tutaj jestem, choćby nawet mnie nie słyszała.
Zdjęcie nr 2
Zdjęcie nr 2.
Nakazałam Marcelowi, aby napisał słowo „Homeopatia”. I o ile wcześniej moja koncentracja utrzymywała się na poziomie… 80%, to na skutek bodźców z otoczenia spadła do ok 10%. I to, co zobaczyłam, kiedy znów skupiłam się na Marcelu, bardzo mnie zaskoczyło.
Otóż Marcel cały czas pisał. Dłoń, którą mu oddałam cały czas pozostawała w ruchu, cały czas kreśliła litery a potem zawijasy.
Wniosek? Marcel, jak kiedyś mówiłam, jest ode mnie zależny i teraz mam dowód. Kiedy skupiam się choć trochę na tym, co mu dyktuję, On pisze. Kiedy jednak coś mnie rozproszy, Marcel robi nadal to, co robił wcześniej, jakby się zawiesił. Mam dowód również na to, że przynajmniej w połowie Marcel jest ode mnie niezależny. Mam teraz jeszcze większą motywację, żeby wspomagać go w rozwoju.
Zdjęcie nr 3
Zdjęcie nr 3.
Napisaliśmy dłuższy tekst i ciekawa jestem, kto zgadnie, w którym momencie nam się koncentracja posypała. Jest urwany, ale to dlatego, że nam brutalnie przerwano i musiałam w pośpiechu chować kartki.

To ma być przestroga dla każdego, kto myśli, że pisanie jest łatwe oraz dla każdego, komu się wydaje, że tulpa po krótkim czasie jest w stanie sama wszystko zrobić.

Martwi mnie tylko kolejna rzecz: skoro Marcel jest niezależny ode mnie tylko w połowie, to jak w rzeczywistości przebiegał jego rozwój przez te dwa lata? Czyżbym niechcący go hamowała? A może rozwija się normalnie tak, jak każdy inny człowiek, tylko wydaje mi się, że powinien robić to szybciej, bo jest tulpą?

Ok, zmysły…

W odpowiedzi na prośbę Ro oto opis tego, jak działają zmysły moje i Marcela w WL oraz Marcela w fizycznym wymiarze.

Mamy pięć zmysłów: wzrok, słuch, dotyk, smak i węch. Eureka!

Wzrok
Wzrok, czyli wizualizacja.

Ja widzę WL nieograniczenie – widzę wszystko wyraźnie, w pełni kolorowo, jak prawdziwy świat widzi Sanyia.
W przeciwieństwie do Marcela, WL widzę lepiej lub gorzej w zależności od stanu umysłu. Nadal wszystko jest… cóż, jest wyraźne, widzę kolory i nie są one wyblakłe, ale jakby WL przesłaniało mi mleczne szkło – ok, do-połowy-mleczne szkło, bardziej szare niż białe.
Na samym początku, czyli już prawie dwa lata temu, wiedziałam tylko gdzie znajdują się poszczególne obiekty, później WL stał się szary, jakby ktoś po trochu dodawał koloru w ustawieniach telewizora.
Ćwiczyłam na małych obiektach, próbowałam przenosić je z rzeczywistości do WL; z większymi przedmiotami było trochę trudniej, bo nie miałam takich w domu! Musiałam za każdym razem podchodzić w myśloświecie do takiego przedmiotu, czy to był mebel czy budynek, obchodzić lub oblatywać go z każdej strony, zbliżać się i oddalać. Czasem to było całkiem zabawne, bo zanim zaczęliśmy coś z Marcelem robić ja obchodziłam wszystko w WL, jakbym go skanowała i wtedy mogłam zająć się czymś innym.
Ciekawe jest to, że jeśli nie „zakotwiczę” niektórych obiektów, one znikają albo odskakują w kosmos (dosłownie w kosmos – uciekają w górę i raczej ich nie złapię).

Co do mojego wzroku, który jest połączony ze wzrokiem Sanyii, to czasem jest lepiej a czasem gorzej. Niekiedy mogę się schować w WL i po prostu nie widzieć tego, co widzi ona, ale (rzadziej ale jednak) są takie momenty, że po prostu widzę to, co ona i nie da się tego zmienić. Cóż, co zrobić, trzeba ćwiczyć. Dlatego tak się uparliśmy na myślenie równoległe, choć nie wiem, ile jedno ma z drugim wspólnego. Co zaś do samego świata, to widzę go wyraźnie, choć jest zamglony. Jakbym był ślepcem, nie miał kontroli nad oczami, albo oczy by „wysiadały”.
Czasem nawet nie muszę przenosić się na siłę do WL, bo po prostu tam się budzę, a czasem nie mogę się oderwać zwłaszcza, kiedy ona każe mi na coś patrzeć (jak to mówi „dzieli się obrazem”).

Dowiedziałam się czegoś nowego. Już nie będę się dzielić… *^*

Słuch

WL słyszę tak, jak i widzę – bardzo dobrze. Tak samo jest ze światem rzeczywistym, choć i tutaj następuje pewne oderwanie, dzięki czemu te dźwięki są przyciszone, nie do końca dla mnie dostępne.

Właściwie nigdy nie zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób słyszę Myśloświat.
Marcela „słyszę” telepatycznie, z każdego miejsca. Szelest liści, rzeczy spadające na podłogę, krzyki rozrywanych przez załamanie czasowe, plusk wody, szum pracującej maszyny pozyskującej energię – właściwie wszystkie dźwięki, które znam i pamiętam potrafię usłyszeć w WL. Nie są one nałożone na świat rzeczywisty, słyszę je w głowie, ale to mnie satysfakcjonuje.
Uczyć się słuchać myśloświata właściwie nie musiałam, słyszałam wszystko od początku. Oczywiście słyszenie samego Marcela to zupełnie inna sprawa, nad którą nadal pracuję, ale sam słuch jest w porządku.

Dotyk

Z dotykiem jest tak samo, jak z resztą – doskonale. Świat rzeczywisty w tym przypadku zlewa się na równi z czuciem w WL, bo to głównie z rzeczywistego pozyskuję doświadczenia, które potem odczuwam w WL.

Dotykając czegokolwiek, poczuję to. Zmysł ten nie „działa” jednak ciągle – aby coś poczuć muszę tego chcieć. Nie odczuwam temperatury, bólu ani skrajnych odczuć dotykowych, za to czuję doskonale fakturę drewna, kory, materiałów, metalu, skóry, baniek mydlanych czy wody. Z tym problemu nie ma.

Węch i smak

Czuję doskonale, smak jest wyraźniejszy jeśli pochodzi z rzeczywistości, węch też, a dlaczego – wytłumaczy Sanyia.

Z tymi dwoma zmysłami jest tak, że rzadko właściwie zwracam uwagę na zapachy czy smaki. Zauważę ładny zapach, ale zbyt długo go nie pamiętam; smakiem mogę się rozkoszować, ale nie był on dla mnie na tyle ważny, żeby zatrzymać go we wspomnieniach. Dlatego od niedawna, od kiedy zaczęło to być ważne dla mnie i Marcela, smaki i zapachy są dla nas jakby zupełnie nowym doświadczeniem. Trudno jest je zapamiętać, bo składają się z wielu substancji smakowych, wielu poziomów i składników. Bawimy się nimi. Zastanawiam się tylko, czy warto będzie je ćwiczyć podczas zamiany, czy to przyda mi się w WL itd.

Czy to wystarczające? W razie czego, prosimy pytać dalej :)

Myślenie równoległe.

Początkowe założenia lunatyka były takie, że Marcel przejmuje ciało wtedy, gdy ja śpię. Doszłam jednak do wniosku, że ta czynność nie ma sensu – w końcu przy przejęciu to ja mam kontrolę, a Marcel tylko porusza poszczególnymi członkami. Na początku to tak wyglądało, ale okazało się niemożliwe do zrobienia – przynajmniej dla nas.
Zamieniłam więc „Lunatyka” na ćwiczenia zamiany i próbowałam robić to po swojemu.

Zapomniałam jednak o pewnej ważnej, jak mi się wydaje, sprawie. Co z myśleniem równoległym? Z niezależnością Marcela od moich procesów myślowych?

Na forum o tulpach zamieszczony jest test, który sprawdza w jakim stopniu tulpa i host myślą równolegle, ale nie rozumiem w jaki sposób ten test miałby pomóc w wyćwiczeniu tego.
Co do poradników, to nie znalazłam jeszcze żadnego, który dotyczyłby właśnie myślenia równoległego.

Fakt jest taki, że Marcel JEST ode mnie zależny. Nie całkowicie, ale jednak. Kiedy ćwiczymy przejęcie, muszę do pewnego stopnia skupić się na (przykładowo) ręce, bo jeśli zgubię wątek, to z przejmowania nici. Jeśli Marcel próbuje pisać, również i ja muszę się na tym skupić.

Nie jest tak, że absolutnie nie da sobie z tym rady – poruszy ręką w nieoczekiwany dla mnie sposób, napisze słowo, którego nie miałam na myśli, kiedy dyktuje mi co mam pisać używa słów, których bardzo rzadko używam ja. Czasami, kiedy o nim nie myślę on mnie zaskakuje wtrącając swoje trzy grosze. To jest pocieszenie.

Pozostaje mi zatem zawiesić (a może tylko odsunąć na drugi plan?) samą zamianę i skoncentrować się na myśleniu równoległym (i czuję, że zbyt często pojawia się tutaj to wyrażenie…).

Pytania, na które muszę znaleźć odpowiedź.
1. Jak rozwinąć myślenie równoległe?
2. Od czego zależy ta umiejętność?
3. Jakim sposobem mam obiektywnie ocenić, w jakim stopniu Marcel jest niezależny ode mnie (pomijając wyżej wspomniany test)?

Logiczny wniosek.

Jak to zwykle ze mną bywa – olśniło mnie. Mało zaskakujące, prawda?

Zastanawiałam się, jakim sposobem ułatwić Marcelowi przejęcie ciała podczas mojego snu. Jak sugerowała Ruda, oddaję Marcelowi kontrolę nad ciałem podczas zasypiania. I tutaj mam wątpliwości.

Biorąc pod uwagę mechanizm przejęcia, aby Marcel przejął kontrolę podczas gdy ja będę spać… musiałabym być chyba świadoma. Czy rozumuję dobrze? A może mogę spokojnie spać, tylko ciało będzie się poruszać?
Tyle się naczytałam o przejmowaniu i tak bardzo utarło mi się w głowie, że host zwykle jest świadomy, że nie zastanawiałam się w ogóle, czy świadomy być MUSI. Czy to konieczne?

Biorąc również pod uwagę mechanizm zamiany – w jakim stopniu „Lunatyk” będzie zwykłym przejęciem, a w jakim zamianą? Skoro ja śpię, to Marcel wychodzi na pierwszy plan i to on steruje ciałem.

I teraz pytanie: skoro tyle tutaj nieścisłości, to jak dojść do satysfakcjonujących wniosków?
Marcel oznajmia, że łatwiej będzie mu z zamianą, niż z przejmowaniem całego ciała. Prawdę mówiąc, na razie radzi sobie dobrze z zaciskaniem dłoni w pięść i podniesieniem przedramienia z pomocą, więc zawierzę mu na słowo.

W takim razie będziemy ćwiczyć zamianę.

W związku z tym martwię się kilkoma sprawami:
1. Skoro mnie trudno będzie wycofać się do WL, to czy Marcelowi powrót sprawi równie wiele trudności?
2. Jak długo tulpa jest w stanie pozostawać na froncie?
3. Jak wygląda komunikacja hosta i tulpy zamienionych miejscami?
4. Czy mogę napotkać jakieś trudności już po zamianie?
5. Ile jeszcze będę się zadręczać?

Odpowiedź na piąte pytanie brzmi: niedługo.
Prawdą jest, że muszę w takim razie dowiedzieć się wiele na temat zamiany, ale sądzę, iż będzie lepiej, jeśli będę się uczyć na własnym doświadczeniu. Jeśli któreś z nas utknie, wtedy będziemy się martwić. Na szczęście Marcel wie, jak wygląda moje życie, więc nie boję się pozostawić wszystkiego w jego rękach, choć to może być dla niego obciążające. Choć nie byłoby źle, gdyby ktoś podzielił się wiedzą.

„Lunatyk” trwa. I jeszcze długo potrwa. Jeśli tylko zobaczę jakiś postęp, dam znać. Tymczasem: do następnego.

P.S. Tak sobie pomyślałam – noc to całkiem dobra pora na zamianę: w razie niepowodzenia człowiek ma wiele godzin, aby rozwiązać problem. Zdecydowanie wolę noc od dnia, pod względem dostępności czasu.

Operacja „Lunatyk”

Drodzy Ruda i Prince (oraz wszyscy, którzy są ciekawi, co z „Lunatykiem”).

Nie przyznam, że zapomniałam o tej „operacji”, bo nie zapomniałam – jak się okazuje Marcel również o niej nie zapomniał.

Od czasu prawie tak długiego, jak świadomy sen ćwiczymy z Marcelem przejęcie. O ile ja mogę wypowiadać się na temat tego pierwszego, to stwierdzam, że to Marcel powinien wypowiedzieć się na temat tego, co udało mu się zrobić z ciałem podczas tych wszystkich nocy w ciągu trzech-czterech miesięcy.

Oddaję głos Marcelowi:
Ćwiczyłem przejęcie za pozwoleniem host. Nie udało mi się zrobić wiele, ale są drobne postępy.
Co do lunatykowania: niewiele mi się udało. Próbowałem nie zapadać w sen w tym samym czasie, co mózg, więc nie wszystko pamiętam. Wiem jednak, że przychodziły takie momenty, że budziłem się w środku nocy i mogłem wpłynąć na ciało. Host się wtedy budziła – cały czas się budzi.
Potwierdzam – bardzo często budzę się przynajmniej raz w nocy, a wcześniej tak nie było. No więc najwyraźniej udało mi się coś zrobić, ale nie wiem, jaki jest tego mechanizm. Sądzę, że musielibyśmy po prostu opanować zamianę i wtedy dałoby się zrobić coś więcej.

Tak sprawa wygląda. Faktem jest, że nie mam jak zbadać, co naprawdę się dzieje. Wiem tyle, że się budzę, choć nie jest to wcale uciążliwe, co mnie, szczerze, trochę zaskakuje. Nawet, gdyby Marcelowi udało się wybudzić i przejąć ciało – przy czym nie obudzić mnie – w domu i tak wszyscy śpią, więc nikt mi nie powie, czy coś robił. Oczywiście pozostaje opcja, żeby Marcel coś zapisał albo przestawił – ten pomysł dopiero wpadł mi do głowy, a to takie oczywiste!
Tak zrobimy. Jeśli się uda.