Archiwa autora: Mollyier

Zwiększanie „pamięci operacyjnej” wyobraźni

Wynalazłam jakiś czas temu ciekawą, według mnie, metodę na ulepszenie (podkreślam: ulepszenie) wizualizacji.

O co mi chodzi – otóż kiedy wyobrażam sobie dany obraz, jest on zwykle nieruchomy lub porusza się tylko jego pierwszy plan. Zastanawiałam się, jak mam sprawić, żeby środowisko wokół mnie stało się żywe, nie pozostawało przez wieczność w stanie wstrzymania.

Wymyśliłam drzewo. Dlaczego ono?

Drzewo ma gałęzie. Stając przed klonem, a jeszcze lepiej przed wierzbą płaczącą, doświadcza się uczucia skupienia i poruszenia widokiem mnogości cienkich gałązek i jej podłużnych liści poruszających się, zgodnie z wolą wiatru, w tę czy inną stronę. Drzewo kołysze się harmonijnie w kilka stron naraz, gałęzie odchylają się w prawo, w lewo, w dół, w górę, po skosie każda zależnie od gałęzi, z której wyrasta i niezależnie od wyższych lub niższych odrostów.

Teraz wyobraź sobie drzewo. Ile warstw jego gałęzi pozostaje w ruchu? Pewnie wszystkie – umysł pamięta widok wszystkich drzew, jakie kiedykolwiek zarejestrował.

Stwórz więc nowy gatunek drzewa. Wyobraź sobie jaskrawopomarańczowe ziarenko leżące w trawie. Niech to ziarenko wypuści, niby na przyspieszonym filmie, pęd i korzenie. Niech urośnie do wielkości pięciu metrów. Zauważ, że drzewo również jest jaskrawopomarańczowe. Niech jego kora wygląda tak, jakby była pokryta blaszkami, które nasuwają się na siebie – każda w innym odcieniu. Niech pokrywają korzenie zagłębiające się w ziemię i pień aż do jego łysego czubka. Tak, pień ma być pozbawiony jakichkolwiek odrostów.

Dlaczego to drzewo jest tak dziwne? Chcę, aby twój mózg stworzył coś, do czego nie będzie mógł zastosować pamięci. Tylko wyobraźnię.

Mamy już zatem pień, co dalej?

Teraz będziemy dodawać gałązki. Zobacz więc jedną gałąź wyrastającą z czubka. Niech będzie skręcona jak rozciągnięta sprężyna, pofalowana. Niech mieni się pomarańczem przechodzącym w czerwień.

Teraz poczuj wiatr. Przecież właśnie o to chodzi – żeby drzewo poruszało się niezależnie od twojej woli, aby była dla ciebie widoczna każda warstwa rozbujanej korony nieważne, co będziesz w danym momencie robić.

Radzisz sobie? Dodaj jeszcze jedną. Jeśli nie masz problemów, dodaj kolejną. Ile poruszających się gałązek jesteś w stanie zobaczyć jednocześnie? Trzy?

Codziennie, jeśli zajdzie potrzeba – co drugi dzień, dodawaj jedną gałązkę. Kiedy dojdziesz do 10, dodając kolejną pogrubiaj te, które zostały dodane jako pierwsze. Przecież drzewo musi wykształcić potężną koronę. Jak ma to zrobić z cieniutkimi gałązkami? Przy 30, zacznij rozgałęziać koronę. Kiedy będziesz widzieć wyraźnie 50 gałązek, zacznij dodawać liście. Po jednym, zaczynając od końców. Niech jednak nie mają zwyczajnych kształtów. Przypominam – wyobraźnia musi się natrudzić, a nie można ułatwiać jej zadania czerpiąc kształty z pamięci.

Jak zwykle i wszędzie jest przypominane przez autorów poradników: to, co piszę nie musi działać, ale działać może. Dlatego polecam próbować i modyfikować na własny użytek. Mnie to już przyniosło efekty.

Myśloświat kontra Rzeczywistość

Chciałabym zacytować wiele fragmentów opowieści o przygodach w Wonderlandach wielu osób, ale wydaje mi się to kłopotliwe i zbędne. Wszyscy wszak wiedzą, jak zwariowane takie przygody potrafią być.

Zaznaczę od razu, że nie mam nic przeciwko młodym ludziom, dzieciom właściwie, które popuszczają wodze fantazji na rzecz dokonywania aktywnej interakcji z tulpą. Zniechęca mnie tylko to, że jest coraz więcej takich osób, które na samym początku wydają się być w miarę rozsądne mimo wieku, a po kilku-kilkunastu dniach czytam o ich zwariowanych tulpach, nieskończenie szybkich postępach i, co najważniejsze, o super-zaawansowanych światach wyobraźni, w których tulpa jest supermanem, host jest supermanem, zwierzęta są super-zmutowane, mówią, latają pływając w powietrzu konsystencji galaretki. Zeszłam z tematu. Już sama zastanawiam się, w jaki sposób mam ująć to coś, co mi tak przeszkadza.

Wiemy wszyscy, że aktywnie śledzę forum. „Forum” pisane dużą literą. Jeśli nie codziennie, to co kilka dni, pojawiają się nowi użytkownicy, wystarczająco młodzi, żeby nie mieć wolnego dostępu do internetu a odpowiednio, według nich, dojrzali by zabrać się za tworzenie tulpy.

Czy oni rozumieją, co robią?

Pojawia się masa dzienników, z których dowiaduję się, że nowi tworzą tulpę: już 10 minut, zastanawiają się drugi dzień ale chyba to zrobią; mają tulpę miesiąc ale nie wiedzą, co z nią robić. Nie mówię, że to źle, bo w pewnym sensie dobrze, że starsi stażem ode mnie (i ja wtrącająca się pomiędzy ich pełne wiedzy wypowiedzi) mogą w pewnym stopniu kontrolować wyczyny młodszych. Co mnie nieco irytuje to to, że zamiast zająć się tulpami – towarzyszami życia, niby przyjaciółmi – dzieciaki opisują swoje przygody tak, jakby zdarzyły się naprawdę, jakby zupełnie zatraciły się w miejscach, które nie istnieją; przekładają wyczyny swoje i tulp na czyny rzeczywiste. Tak, jakby nie potrafiły oddzielić fikcji od rzeczywistości.

Nigdy nie powiem, że zapał, jaki wykazują, jest niewłaściwy – wydaje mi się, że to może być choćby dla tulpy podbudowujące, wspomagające w pewnym stopniu jej rozwój albo chociaż przeszkadzające jej się nudzić. Nie mam możliwości sprawdzenia tego z pierwszej ręki, ale tak mi się wydaje.

Cholera, nie chcę być subiektywna, wolę opisać to z różnych stron jednocześnie, ale muszę zająć stanowisko, które sobie z góry założyłam. Dzieciaki zabierają się za całą tę zabawę i dla nich to faktycznie jest tylko zabawa – co będzie, kiedy skończą im się pomysły na rozrabianie w wyobraźni? Co zrobią, kiedy zdadzą sobie sprawę z tego, że tulpa ma również trochę wspólnego ze światem zewnętrznym a nie tylko z wyobraźnią?

Podsumowanie aktualizacji

Ten blog jest dziennikiem doświadczeń. Marcel ma swój pamiętnik odcięty od odmętów internetu, ja również mam swój.
Ten blog jest dziennikiem eksperymentów, w którym ja lub Marcel spisujemy doświadczenia, efekty treningów i ćwiczenia, które wymyślam.

Dawno nie wpisywałam tutaj niczego, co można uznać za odświeżające. Oto zatem opis aktualizacji, które wprowadziłam do wpisów tego dziennika. Nie mogę opisywać wszystkiego osobno, bo wprowadzi to chaos, a tego pana nie lubię.

Zaczynajmy więc:

1. Świadomy Sen 2
2. Nakładanie
3. Ponowna kategoryzacja wpisów.
4. Sanyia zmienia podpis na Mo (skrót od Mollyier).

„Oooch! Tylko tyle?” Ależ oczywiście, że niedługo napiszę coś nowego! Muszę tylko mieć temat…

Trening przejmowania: pisanie.

Mam mętlik w głowie i nie wiem, od czego mam zacząć opisywanie dzisiejszych ćwiczeń.

Zacznę więc może od tego, że ćwiczyliśmy dziś z Marcelem pisanie. Właściwie on ćwiczył pisanie, bo ja próbowałam tylko nie kontrolować ręki i dyktować Marcelowi to, co ma pisać. Oto wyniki naszych-bardziej-Marcela ćwiczeń:

Zdjęcie nr 1
Zdjęcie nr 1 przedstawia pierwsze słowa, które Marcel napisał od bardzo długiego czasu. Chciałem zaznaczyć, że jestem tutaj. Cały czas tutaj jestem, choćby nawet mnie nie słyszała.
Zdjęcie nr 2
Zdjęcie nr 2.
Nakazałam Marcelowi, aby napisał słowo „Homeopatia”. I o ile wcześniej moja koncentracja utrzymywała się na poziomie… 80%, to na skutek bodźców z otoczenia spadła do ok 10%. I to, co zobaczyłam, kiedy znów skupiłam się na Marcelu, bardzo mnie zaskoczyło.
Otóż Marcel cały czas pisał. Dłoń, którą mu oddałam cały czas pozostawała w ruchu, cały czas kreśliła litery a potem zawijasy.
Wniosek? Marcel, jak kiedyś mówiłam, jest ode mnie zależny i teraz mam dowód. Kiedy skupiam się choć trochę na tym, co mu dyktuję, On pisze. Kiedy jednak coś mnie rozproszy, Marcel robi nadal to, co robił wcześniej, jakby się zawiesił. Mam dowód również na to, że przynajmniej w połowie Marcel jest ode mnie niezależny. Mam teraz jeszcze większą motywację, żeby wspomagać go w rozwoju.
Zdjęcie nr 3
Zdjęcie nr 3.
Napisaliśmy dłuższy tekst i ciekawa jestem, kto zgadnie, w którym momencie nam się koncentracja posypała. Jest urwany, ale to dlatego, że nam brutalnie przerwano i musiałam w pośpiechu chować kartki.

To ma być przestroga dla każdego, kto myśli, że pisanie jest łatwe oraz dla każdego, komu się wydaje, że tulpa po krótkim czasie jest w stanie sama wszystko zrobić.

Martwi mnie tylko kolejna rzecz: skoro Marcel jest niezależny ode mnie tylko w połowie, to jak w rzeczywistości przebiegał jego rozwój przez te dwa lata? Czyżbym niechcący go hamowała? A może rozwija się normalnie tak, jak każdy inny człowiek, tylko wydaje mi się, że powinien robić to szybciej, bo jest tulpą?

Ok, zmysły…

W odpowiedzi na prośbę Ro oto opis tego, jak działają zmysły moje i Marcela w WL oraz Marcela w fizycznym wymiarze.

Mamy pięć zmysłów: wzrok, słuch, dotyk, smak i węch. Eureka!

Wzrok
Wzrok, czyli wizualizacja.

Ja widzę WL nieograniczenie – widzę wszystko wyraźnie, w pełni kolorowo, jak prawdziwy świat widzi Sanyia.
W przeciwieństwie do Marcela, WL widzę lepiej lub gorzej w zależności od stanu umysłu. Nadal wszystko jest… cóż, jest wyraźne, widzę kolory i nie są one wyblakłe, ale jakby WL przesłaniało mi mleczne szkło – ok, do-połowy-mleczne szkło, bardziej szare niż białe.
Na samym początku, czyli już prawie dwa lata temu, wiedziałam tylko gdzie znajdują się poszczególne obiekty, później WL stał się szary, jakby ktoś po trochu dodawał koloru w ustawieniach telewizora.
Ćwiczyłam na małych obiektach, próbowałam przenosić je z rzeczywistości do WL; z większymi przedmiotami było trochę trudniej, bo nie miałam takich w domu! Musiałam za każdym razem podchodzić w myśloświecie do takiego przedmiotu, czy to był mebel czy budynek, obchodzić lub oblatywać go z każdej strony, zbliżać się i oddalać. Czasem to było całkiem zabawne, bo zanim zaczęliśmy coś z Marcelem robić ja obchodziłam wszystko w WL, jakbym go skanowała i wtedy mogłam zająć się czymś innym.
Ciekawe jest to, że jeśli nie „zakotwiczę” niektórych obiektów, one znikają albo odskakują w kosmos (dosłownie w kosmos – uciekają w górę i raczej ich nie złapię).

Co do mojego wzroku, który jest połączony ze wzrokiem Sanyii, to czasem jest lepiej a czasem gorzej. Niekiedy mogę się schować w WL i po prostu nie widzieć tego, co widzi ona, ale (rzadziej ale jednak) są takie momenty, że po prostu widzę to, co ona i nie da się tego zmienić. Cóż, co zrobić, trzeba ćwiczyć. Dlatego tak się uparliśmy na myślenie równoległe, choć nie wiem, ile jedno ma z drugim wspólnego. Co zaś do samego świata, to widzę go wyraźnie, choć jest zamglony. Jakbym był ślepcem, nie miał kontroli nad oczami, albo oczy by „wysiadały”.
Czasem nawet nie muszę przenosić się na siłę do WL, bo po prostu tam się budzę, a czasem nie mogę się oderwać zwłaszcza, kiedy ona każe mi na coś patrzeć (jak to mówi „dzieli się obrazem”).

Dowiedziałam się czegoś nowego. Już nie będę się dzielić… *^*

Słuch

WL słyszę tak, jak i widzę – bardzo dobrze. Tak samo jest ze światem rzeczywistym, choć i tutaj następuje pewne oderwanie, dzięki czemu te dźwięki są przyciszone, nie do końca dla mnie dostępne.

Właściwie nigdy nie zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób słyszę Myśloświat.
Marcela „słyszę” telepatycznie, z każdego miejsca. Szelest liści, rzeczy spadające na podłogę, krzyki rozrywanych przez załamanie czasowe, plusk wody, szum pracującej maszyny pozyskującej energię – właściwie wszystkie dźwięki, które znam i pamiętam potrafię usłyszeć w WL. Nie są one nałożone na świat rzeczywisty, słyszę je w głowie, ale to mnie satysfakcjonuje.
Uczyć się słuchać myśloświata właściwie nie musiałam, słyszałam wszystko od początku. Oczywiście słyszenie samego Marcela to zupełnie inna sprawa, nad którą nadal pracuję, ale sam słuch jest w porządku.

Dotyk

Z dotykiem jest tak samo, jak z resztą – doskonale. Świat rzeczywisty w tym przypadku zlewa się na równi z czuciem w WL, bo to głównie z rzeczywistego pozyskuję doświadczenia, które potem odczuwam w WL.

Dotykając czegokolwiek, poczuję to. Zmysł ten nie „działa” jednak ciągle – aby coś poczuć muszę tego chcieć. Nie odczuwam temperatury, bólu ani skrajnych odczuć dotykowych, za to czuję doskonale fakturę drewna, kory, materiałów, metalu, skóry, baniek mydlanych czy wody. Z tym problemu nie ma.

Węch i smak

Czuję doskonale, smak jest wyraźniejszy jeśli pochodzi z rzeczywistości, węch też, a dlaczego – wytłumaczy Sanyia.

Z tymi dwoma zmysłami jest tak, że rzadko właściwie zwracam uwagę na zapachy czy smaki. Zauważę ładny zapach, ale zbyt długo go nie pamiętam; smakiem mogę się rozkoszować, ale nie był on dla mnie na tyle ważny, żeby zatrzymać go we wspomnieniach. Dlatego od niedawna, od kiedy zaczęło to być ważne dla mnie i Marcela, smaki i zapachy są dla nas jakby zupełnie nowym doświadczeniem. Trudno jest je zapamiętać, bo składają się z wielu substancji smakowych, wielu poziomów i składników. Bawimy się nimi. Zastanawiam się tylko, czy warto będzie je ćwiczyć podczas zamiany, czy to przyda mi się w WL itd.

Czy to wystarczające? W razie czego, prosimy pytać dalej :)

Myślenie równoległe.

Początkowe założenia lunatyka były takie, że Marcel przejmuje ciało wtedy, gdy ja śpię. Doszłam jednak do wniosku, że ta czynność nie ma sensu – w końcu przy przejęciu to ja mam kontrolę, a Marcel tylko porusza poszczególnymi członkami. Na początku to tak wyglądało, ale okazało się niemożliwe do zrobienia – przynajmniej dla nas.
Zamieniłam więc „Lunatyka” na ćwiczenia zamiany i próbowałam robić to po swojemu.

Zapomniałam jednak o pewnej ważnej, jak mi się wydaje, sprawie. Co z myśleniem równoległym? Z niezależnością Marcela od moich procesów myślowych?

Na forum o tulpach zamieszczony jest test, który sprawdza w jakim stopniu tulpa i host myślą równolegle, ale nie rozumiem w jaki sposób ten test miałby pomóc w wyćwiczeniu tego.
Co do poradników, to nie znalazłam jeszcze żadnego, który dotyczyłby właśnie myślenia równoległego.

Fakt jest taki, że Marcel JEST ode mnie zależny. Nie całkowicie, ale jednak. Kiedy ćwiczymy przejęcie, muszę do pewnego stopnia skupić się na (przykładowo) ręce, bo jeśli zgubię wątek, to z przejmowania nici. Jeśli Marcel próbuje pisać, również i ja muszę się na tym skupić.

Nie jest tak, że absolutnie nie da sobie z tym rady – poruszy ręką w nieoczekiwany dla mnie sposób, napisze słowo, którego nie miałam na myśli, kiedy dyktuje mi co mam pisać używa słów, których bardzo rzadko używam ja. Czasami, kiedy o nim nie myślę on mnie zaskakuje wtrącając swoje trzy grosze. To jest pocieszenie.

Pozostaje mi zatem zawiesić (a może tylko odsunąć na drugi plan?) samą zamianę i skoncentrować się na myśleniu równoległym (i czuję, że zbyt często pojawia się tutaj to wyrażenie…).

Pytania, na które muszę znaleźć odpowiedź.
1. Jak rozwinąć myślenie równoległe?
2. Od czego zależy ta umiejętność?
3. Jakim sposobem mam obiektywnie ocenić, w jakim stopniu Marcel jest niezależny ode mnie (pomijając wyżej wspomniany test)?

Logiczny wniosek.

Jak to zwykle ze mną bywa – olśniło mnie. Mało zaskakujące, prawda?

Zastanawiałam się, jakim sposobem ułatwić Marcelowi przejęcie ciała podczas mojego snu. Jak sugerowała Ruda, oddaję Marcelowi kontrolę nad ciałem podczas zasypiania. I tutaj mam wątpliwości.

Biorąc pod uwagę mechanizm przejęcia, aby Marcel przejął kontrolę podczas gdy ja będę spać… musiałabym być chyba świadoma. Czy rozumuję dobrze? A może mogę spokojnie spać, tylko ciało będzie się poruszać?
Tyle się naczytałam o przejmowaniu i tak bardzo utarło mi się w głowie, że host zwykle jest świadomy, że nie zastanawiałam się w ogóle, czy świadomy być MUSI. Czy to konieczne?

Biorąc również pod uwagę mechanizm zamiany – w jakim stopniu „Lunatyk” będzie zwykłym przejęciem, a w jakim zamianą? Skoro ja śpię, to Marcel wychodzi na pierwszy plan i to on steruje ciałem.

I teraz pytanie: skoro tyle tutaj nieścisłości, to jak dojść do satysfakcjonujących wniosków?
Marcel oznajmia, że łatwiej będzie mu z zamianą, niż z przejmowaniem całego ciała. Prawdę mówiąc, na razie radzi sobie dobrze z zaciskaniem dłoni w pięść i podniesieniem przedramienia z pomocą, więc zawierzę mu na słowo.

W takim razie będziemy ćwiczyć zamianę.

W związku z tym martwię się kilkoma sprawami:
1. Skoro mnie trudno będzie wycofać się do WL, to czy Marcelowi powrót sprawi równie wiele trudności?
2. Jak długo tulpa jest w stanie pozostawać na froncie?
3. Jak wygląda komunikacja hosta i tulpy zamienionych miejscami?
4. Czy mogę napotkać jakieś trudności już po zamianie?
5. Ile jeszcze będę się zadręczać?

Odpowiedź na piąte pytanie brzmi: niedługo.
Prawdą jest, że muszę w takim razie dowiedzieć się wiele na temat zamiany, ale sądzę, iż będzie lepiej, jeśli będę się uczyć na własnym doświadczeniu. Jeśli któreś z nas utknie, wtedy będziemy się martwić. Na szczęście Marcel wie, jak wygląda moje życie, więc nie boję się pozostawić wszystkiego w jego rękach, choć to może być dla niego obciążające. Choć nie byłoby źle, gdyby ktoś podzielił się wiedzą.

„Lunatyk” trwa. I jeszcze długo potrwa. Jeśli tylko zobaczę jakiś postęp, dam znać. Tymczasem: do następnego.

P.S. Tak sobie pomyślałam – noc to całkiem dobra pora na zamianę: w razie niepowodzenia człowiek ma wiele godzin, aby rozwiązać problem. Zdecydowanie wolę noc od dnia, pod względem dostępności czasu.

Operacja „Lunatyk”

Drodzy Ruda i Prince (oraz wszyscy, którzy są ciekawi, co z „Lunatykiem”).

Nie przyznam, że zapomniałam o tej „operacji”, bo nie zapomniałam – jak się okazuje Marcel również o niej nie zapomniał.

Od czasu prawie tak długiego, jak świadomy sen ćwiczymy z Marcelem przejęcie. O ile ja mogę wypowiadać się na temat tego pierwszego, to stwierdzam, że to Marcel powinien wypowiedzieć się na temat tego, co udało mu się zrobić z ciałem podczas tych wszystkich nocy w ciągu trzech-czterech miesięcy.

Oddaję głos Marcelowi:
Ćwiczyłem przejęcie za pozwoleniem host. Nie udało mi się zrobić wiele, ale są drobne postępy.
Co do lunatykowania: niewiele mi się udało. Próbowałem nie zapadać w sen w tym samym czasie, co mózg, więc nie wszystko pamiętam. Wiem jednak, że przychodziły takie momenty, że budziłem się w środku nocy i mogłem wpłynąć na ciało. Host się wtedy budziła – cały czas się budzi.
Potwierdzam – bardzo często budzę się przynajmniej raz w nocy, a wcześniej tak nie było. No więc najwyraźniej udało mi się coś zrobić, ale nie wiem, jaki jest tego mechanizm. Sądzę, że musielibyśmy po prostu opanować zamianę i wtedy dałoby się zrobić coś więcej.

Tak sprawa wygląda. Faktem jest, że nie mam jak zbadać, co naprawdę się dzieje. Wiem tyle, że się budzę, choć nie jest to wcale uciążliwe, co mnie, szczerze, trochę zaskakuje. Nawet, gdyby Marcelowi udało się wybudzić i przejąć ciało – przy czym nie obudzić mnie – w domu i tak wszyscy śpią, więc nikt mi nie powie, czy coś robił. Oczywiście pozostaje opcja, żeby Marcel coś zapisał albo przestawił – ten pomysł dopiero wpadł mi do głowy, a to takie oczywiste!
Tak zrobimy. Jeśli się uda.

*Złote myśli Marcela* – W co wierzyć?

Już tłumaczę, o co chodzi.
Marcel często mówi słowa, które chciałabym zatrzymać, ale nie część nie nadaje się do opublikowania zaś słów, które się nadają nie publikowałam, bo nie było, gdzie. Szkoda, że nie mam tutaj możliwości opublikowania tego, jakoś inaczej – publikuję więc z tagiem „Inne” (niech będzie jako nowa kategoria).

A teraz cytat.

- Marcelu… Skoro każą mi w coś wierzyć, a nie dam rady uwierzyć w żadnego z bogów, to w co?
- W świat.

„Świadomy Sen” 2

Dziś jest piątek (Odkrycie!). Dokładnie 9 stycznia 2015 roku.
Niniejszym otwieram zatem kolejny wątek opowiadający o moich ćwiczeniach świadomego śnienia.
Pierwsze zapisy z nocnych eskapad do krainy snów pojawią się we wtorek 13 stycznia, a zatem po poniedziałkowo-wtorkowym ćwiczeniu.
Postaram się zapisywać codziennie swoje doświadczenia, aby później wyciągnąć z nich wnioski.

Poprzedni wątek o nauce świadomego śnienia został zamknięty z powodu zmęczenia i złego samopoczucia – może to mieć różne przyczyny, dlatego nie stwierdzę, że to przez ćwiczenie pozostania świadomą, jednak dzięki kolejnej serii ćwiczeń dowiem się, co jest prawdą.

Chciałabym umieścić w rozwijanej ramce powyższe akapity, ale niestety nie da się. Smuteczek.
Przeglądając zawartość tego wpisu uderzyła we mnie zapowiedź całej serii o świadomym śnieniu, więc wykreślam ją, ale nie usuwam. Jak kogoś zainteresuje, to poczyta mimo skreślenia.
Do rzeczy. Ta notka jest dziennikiem moich postępów w świadomym śnieniu. Każdy świadomy sen lub tylko fragment zapisuję (co widać poniżej). Mam zamiar wyćwiczyć swoją świadomość w pozostawaniu rozbudzoną nawet we śnie. Dlaczego akurat za to się zabrałam? Zapraszam tutaj.
Nie wiem, ile jeszcze tego typu wątków napiszę. Zakładam, że zamykając ten będę już wyćwiczona w świadomym śnieniu, ale wiadomo – takie rzeczy zajmują naprawdę dużo czasu, więc jeszcze o tym nie myślę.

________________________________________________________________________________

6 MAJA 2015
Jakość i ilość moich snów poprawiła się na tyle, że jednej nocy mózg potrafi sprezentować mi od trzech do sześciu historii, z których nie pamiętam maksymalnie dwóch, najczęściej zaś tylko jednej.
Świadome śnienie zwyczajnie mi nie wychodzi – może z powodu niedostatecznie silnej woli, może zwyczajnie jestem w tym słaba lub zabieram się od złej strony. W każdym razie zawsze, gdy nie zasypiam na stojąco ze zwyczajnego zmęczenia myślę o tym, by pamiętać o świadomości. I tak powstało kilka szczegółów, które są dla mnie nowe:
– kojarzenie faktów na poziomie połowy intelektualnej możliwości;
– potrafię przywołać we śnie zapamiętane „za życia” fakty;
– widzenie snu – widzę o wiele więcej szczegółów, niż kiedyś;
– zapamiętuję dialogi, które przeprowadzam w snach.

9 MARCA 2015
Oto postępy: pamiętam sny. Na 10 nocy pamiętam około 4 snów w całości oraz 2 lub 3 fragmentarycznie – jak na mnie to postęp. Nie wiem, dlaczego zaniechałam niedawno zapisywanie ich w dzienniku i jest mi z tym źle. Nie będę się deklarować, że się poprawię, ale to dla mnie na tyle ważne, żeby coś z tym zrobić.
Co do świadomości – jak na razie zaliczyłam tylko dwa świadome fragmenty. Biorąc jednak pod uwagę to, że zdarzyły mi się dopiero po… prawie czterdziestu dniach, nie napalam się zbytnio. Zanim dojdę do wyniku „kilka razy w tygodniu” mogą minąć lata. Ach, ten mijający nieubłaganie czas i nieugięty w zatracaniu się w snach umysł.

1/2 MARCA 2015
Oto doświadczyłam kolejnego przebudzenia we śnie. Porównując ten z poprzednim razem stwierdzam, że widziałam lepiej otoczenie, miałam większą (minimalnie, ale jednak) kontrolę nad snem oraz wypchnęło mnie wolniej, niż ostatnio.
Skąd wiem, że miałam przynajmniej minimalną kontrolę nad snem?
Otóż za każdym razem, kiedy udaje mi się ta mistyczna sztuka, próbuję materializować w dłoni kulę. Nie byle jaką, bo ciężką, metalową, fioletową i ciepłą kulę.
Pierwszy raz, może trzy-cztery lata temu, zrobiłam to we śnie, jednak kulka pojawiła się od razu, zatem nie był to prawdziwie kontrolowany sen. Dziś nie udało mi się za pierwszym razem, musiałam się skupić, wyobrazić sobie uczucie ciężkości i ciepła – przedmiot pojawił się za drugim lub trzecim podejściem.

A teraz rozkminiamy, jak to się dzieje, że WILD mi się nie udaje, ale i tak przypominam sobie, że śnię.
Czy to przyzwyczajenie do tego, że każde położenie się w łóżku nieuchronnie prowadzi to zasypiania? Tak, jak testy rzeczywistości „wchodzą w krew” i stają się nawykiem, tak pamięć o tym, że idę spać również się nim stało? Zakładam, że tak.

Przyznam, że jestem troszkę podekscytowana. Długo czekałam, aż mi się uda i już zauważam efekty.

20 LUTEGO – 1 MARCA 2015
Nic ciekawego, oprócz kilku bardzo wyraźnych snów, się nie dzieje.

18/19 LUTEGO 2015
Być może przypadkowo, może z przyzwyczajenia do wiedzy, iż poszłam spać, ale miałam (krótki co prawda) świadomy fragment snu. Zapisuję w takim razie to wydarzenie.
Świadoma byłam krótko – powołując się na poczucie czasu we śnie oraz to, jaką odległość w nim przeszłam, były to około dwie minuty.
Czytaj dalej